03

“Gościnne Wpisy – Ekipa z Piotrkowa Trybunalskiego”

Witam Wszystkich!
W ostatnich miesiącach odwiedziło Nas sporo gości z Polski. Większość z nich znalazła się  na filipinach dzięki naszemu blogowi. Niektórzy z nich byli pierwszy raz w Azji a niektórzy powrócili po raz kolejny w ten piękny i dziki zakątek świata. Poprosiliśmy naszych nowych znajomych o ich wspomnienia, opinie, wrażenia, filmy, zdjęcia które zrobili podczas pobytu tutaj. W związku z tym dzisiejszy post rozpoczyna nową serię „Gościnne Wpisy”. W dzisiejszym materiale sprawozdanie od ekipy z Piotrkowa Trybunalskiego. Towarzyszyli nam również w 2 odcinkach „Gotuj z Chłopakami: Zemsta Baluta oraz Adobo” Razem stoczyliśmy bój ze sławnym i okrutnym Balutem oraz zajadaliśmy się przepyszną dużą jaszczurką. Chłopaki mieli okazje doświadczyć połowu ryb ze mną i delektować się przepięknym wschodem słońca na środku morza.

Malezja-Kuala Lumpur

”Szykuję się wylot z Łodzi do Londynu i z Londynu do Kuala Lumpur. Mój pierwszy lot w życiu oraz moja pierwsza podróż poza Europę…
Emocje były wielkie, start w sumie nie najgorszy, lądowanie też. Kolejny start jeszcze lepszy i po około 12 godzinach(tabletki na sen pomagają znieść tą podróż lepiej) lądowanie w Kuala Lumpur.

Pierwszy kontakt z wilgotnością i temperaturą nie był najmilszy, ale do ogarnięcia. Następnie podróż z lotniska autobusem do Chinatown w Kuala Lumpur, szukanie kwatery i później spacerowanie, oglądanie, zwiedzanie i JEDZENIE! Bo to było naprawdę miłe. Znajomy, który już był wcześniej w Malezji zabrał nas na mega śniadanie, były to placki/naleśniki Roti z jajkiem i cebulą i do tego Calamansi Ice Tea. Śniadanie to kosztowało około 4 zł, ale było warte tej ceny. Później pełni energii zaczęliśmy zwiedzać Kuala Lumpur. Na początku wiadomo nasze kroki skierowane zostały do Petronas Towers, później do jakiegoś Parku gdzie zastał nas ogromny deszcz i spędziliśmy tam miło kilka godzin. Chodziłem po tym mieście i miałem ciągły szczękościsk, takie zapachy, przyroda, architektura wszystko to powodowało że uśmiech mi nie schodził z twarzy. Park w którym odpoczywaliśmy tak na mnie zadziałał, że z podniecenia rozładowałem baterie w aparacie robiąc zdjęcia. W tym parku pierwszy raz widzieliśmy małpę biegającą na wolności, olbrzymią jaszczurkę pływającą w wodzie i pełno żółwi w jeziorze. Wszystko to było podane w znakomity sposób, a mianowicie otoczone przepiękną przyrodą: palmy, bambusy i inne orientalne rośliny. To był naprawdę miły dzień i dla mnie coś zupełnie nowego. Później powrót do kwatery, gdzie już nie było tak miło, ale dało się przeżyć. Tak spędziliśmy jeden dzień bo było to miasto przesiadkowe bo na następny dzień lot na Luzon do Manili.

Filipiny-Luzon

Od tygodnia siedzimy już na filipinach. Na razie jesteśmy na głównej wyspie Luzon tyle, że uciekliśmy z centrum Manili w góry oglądać tarasy ryżowe, które są traktowane jako 8 cud świata i coś w tym jest. Po drodze mieliśmy kilka przygód z miejscowym taksówkarzem. W skrócie koleś podjął się nas zawieść z lotniska Clark bezpośrednio do miejsca docelowego za określona sumę, do połowy jeszcze wiedział jak jechać a później zaczął improwizować i finalnie zamiast do Benaue dowiózł nas do Sagande. W sumie to my już chcieliśmy, żeby on tak zrobił i wysadził nas wcześniej bo baliśmy się z nim jechać. Człowiek zupełnie nie był doświadczony w jeździe w górach a droga nie była za ciekawa…szerokość drogi nawet nie na dwa auta, z jednej strony cały czas nad przepaścią a z drugiej ściana skał, co kilka metrów leżały na drodze kawałki skał z obsunięcia, czasami za zakrętem czaiły się większe konkretniejsze (kamień 2 na 1,5 metra) ogólnie kilka razy nasze przerażenie było ogromne. Wysadził nas w jakimś pensjonacie w lesie, który nie wyglądał za ciekawie. Jak rano wynurzyliśmy się z pokoju to nas zachwyt ogarnął. Później cały dzień w Sagande chodzenie po górach i oglądanie wiszących trumien. Na następny dzień dojechaliśmy na miejsce do Benaue i wynajęliśmy resthouse (coś w rodzaju małego hotelu), jak wyszliśmy z jego kawiarni na taras na herbatę to na chwile zamknąłem się z wrażenia . Widok człowieku niesamowity i to codziennie w cenie hotelu…a cena za pokój dwuosobowy z łazienka 30 zł, wiec to też przyjemna rzecz. Tam siedzieliśmy kilka dni i nic się nie działo ciekawszego, ale w końcu pojechaliśmy na treking. Najpierw zawieźli nas tricyklami na punkt widokowy na tarasy. Trycykle to ich takie miejscowe taksówki, przerobione z motocykli. Na tym punkcie już było bardzo ładnie, przepiękna panorama a później postanowiliśmy wracać przez tarasy i dżunglę do hotelu jakieś 3 godziny marszu, ale klimat był masakryczny. Czułem się jak na survivalu w dżungli, przewodnik chodził z maczeta i prowadził nas po tarasach, przepaściach, wodospadach a my cali w błocie i ta wysokość, widoki i adrenalina ( adrenalina była, ponieważ tuż przed naszymi nogami zabił jakiegoś jadowitego węża i pociął maczeta na kawałki, oraz mi raz pod nogami obsunęła się ziemia i prawie spadłem z kilku metrów w dół) wszystko to złożyło się na coś czego długo nie zapomnę. Dzisiaj już wróciliśmy na lotnisko i jutro zmieniamy wyspę na cieplejszą. Lecimy na Palawan.

Filipiny-Palawan

No i jesteśmy na Palawanie.

 

 

Zaraz po wyjściu z lotniska w Puerto Princessa tradycyjnie dopadła nas olbrzymia ilość tricyklowców. Ogólnie rzecz biorąc nieco zawyżone ceny, ale to norma dla obcokrajowców. Po kilku targach i odwiedzinach kilku potencjalnych gesthousów trafiliśmy do pensjonatu o nazwie “Amelia” (mała reklama ale polecam! link: http://www.dutchpickle.com/philippines/palawan/amelia-pensionne.html) bardzo miła obsługa, właściciel dba o gości, tworzy dobry nastrój a na zewnątrz w swoim barze puszcza naprawdę dobrą muzykę. Ma wiele znajomości, które wykorzystuje żeby pomóc własnym gościom, np:(organizuje taniego vana pod pensjonat lub daje dobre rady ile płacić za transport tricyklem, gdzie zjeść itp…)naprawdę miły koleś i w dodatku  to wszystko za przystępną cenę! W Puerto spędziliśmy dwa dni, później pojechaliśmy do El Nido. Po drodze można było już zauważyć zmianę przyrody i temperatury. Luzon w porównaniu do Palawanu był zimny, deszczowy i dużo mniej tropikalny (takie jest moje odczucie). W czasie drogi widoki robiły wrażenie, co chwile gęsty zielony las lub łąka z bawołami błotnymi na których siadają ptaki i zjadają z nich muchy i robaki (rewelacyjny widok!) czy rewelacyjne lasy palmowe. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce nie przeszkadzała mi nawet wysoka temperatura moje podniecenie było tak wielkie, że nie wiem jak to opisać. Miałem uczucie, że ktoś mnie wsadził w jakąś pocztówkę z tropikalnym zdjęciem, było to dla mnie coś nowego, niesamowitego i bardzo pięknego.
Gdy wyszliśmy z vana nasze kroki zostały skierowane na plaże. Usiedliśmy i podziwialiśmy widoki na horyzoncie, wielka woda i małe wysepki naprawdę dobrze to wyglądało. Następnie szukaliśmy miejsca pod namiot, ale zakończyło się to porażką. Pensjonaty były drogie w pierwszej części miasteczka, dopiero w głąb udało nam się znaleźć naprawdę fajny i tani nocleg gdzie znowu widok z tarasu był niesamowity. Nie pamiętam w tej chwili nazwy, ale znajdował się przy ulicy prowadzącej do portu. Pensjonat był różowawy, a przed nim w klatce wisiał gwarek. Spędziliśmy tam kilka dni, miłych dni. Rozrywki tam to głównie pływanie łódką od wysepki do wysepki. Zwiedzanie ich, siedzenie na przepięknych plażach i nurkowanie z maską. Dla mnie też to była nowość i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Naprawdę warto wybrać się na taką wyprawę, niesamowite widoki i wspomnienia. W ten sposób spędziliśmy w El Nido kilka przyjemnych dni, w dzień zazwyczaj łódka wieczorami GSM Blue(Gin) ze Spritem i Calamansi na tarasie, bądź duże piwko. Po kilku dniach wyjechaliśmy do Sabangu, podróż była o tyle ciekawa, że pierwszy raz podróżowaliśmy na dachu Jeepneya, kontakt z przyrodą był dużo bliższy bo trzeba było chronić się przed gałęziami, muchami i innymi stworzeniami. Bliskości zapewnił nam też deszcz, który zaczął padać i zmoczył nas całkowicie, ale i tak było warto. Gdy dojechaliśmy do Sabangu jakiś czas szukaliśmy kwatery. W końcu udało się wynająć nam dwa domki i miejsce pod namiot. Miejsce bardzo fajne w końcu można było powalczyć z troszkę większymi falami, porzucać się na nie itp. Plaża też była całkiem przyjemna. Głównym atutem miejsca w którym byliśmy była małpka co prawda niestety była przywiązana do drzewa, ale zabawa z nią była niesamowita. Po raz pierwszy bawiłem się ze zwierzęciem które ma chwytne kciuki, pięć palców, linie papilarne i ciało człekokształtne. Było to coś niesamowitego. Będąc tam wybraliśmy się jeszcze na wycieczkę kajakową po rzece w jaskini, podobno jedna z największych na świecie. Ciekawe miejsce, pełne różnych form skalnych tworzących czasem zarysy postaci, twarzy czy jakiś innych form rzeźbionych całkowicie przez naturę, dodatkowo do tego latały jeszcze nietoperze. Miejsce bardzo ciekawe, warte zobaczenia. Wybraliśmy dłuższy wariant wycieczki i pod koniec miałem dość bo dla mnie było troszkę za długo. Następnego dnia wróciliśmy do Puerto Princessa do wcześniej wspomnianego pensjonatu i dość przyjemnie pożegnaliśmy się z Palawanem, by na następny dzień polecieć na Cebu i odwiedzić Bantayan…………….

Wracając wspomnieniami w bardziej przyjemny dla mnie czas no to wyjeżdżając od Was czułem, że opuszczam jakieś magiczne miejsce. Nigdy wcześniej nie czułem tego na filipinach opuszczając jakieś miejsce. ( można to porównać do tego jak się wyjeżdża z domu, opuszcza miejsce w którym człowiek bardzo dobrze się czuł itp…). Więc jak siedziałem na promie to można powiedzieć, że łezka w oku się kręciła patrząc na oddalający się kontur wyspy Bantayan…

Dalsze podróże po filipinach…

Gdy już wysiedliśmy z promu na ląd, udało nam się dość szybko znaleźć autobus do Cebu z stamtąd już kierowaliśmy się na Apo Ilands.
Dostaliśmy się w miarę szybko, za łódkę zapłaciliśmy 2500 peso w dwie strony (godzina płynięcia w jedną stronę). Gdy dopłynęliśmy zauważyliśmy, że na tej malutkiej wyspie nie da się tanio nocować bo dostaliśmy oferty w gesthousach po około 2000 za noc za dwójkę, wiec przeraziło nas to trochę tym bardziej nie wiadomo za co bo na wyspie był prąd przez 3 h a te pensjonaty nie oferowały nawet wiatraka przez noc bo prądu nie ma. Lecz nasza polska upartość, że my chcemy tani nocleg doprowadziła do tego, że wynajęto nam dom za 150 peso od osoby. Dom to dużo powiedziane bo był to murowany, opuszczony budynek ze strychem gdzie się rozbiliśmy. Były co prawda karaluchy giganty oraz pająki wielkości pięści, ale było tanio. Następny dzień mega nas zaskoczył, poszliśmy nurkować przed nasz wynajęty domek. Pływamy, nurkujemy a nagle obok nas pojawiają się metrowe żółwie morskie o naprawdę miłym wyglądzie. To było coś naprawdę niesamowitego po prostu rewelacja, żółw którego było można złapać za skorupę i kawałek się z nim przepłynąć. Później poszliśmy na Marine Sanctuary, ten rezerwat rafy też zrobił na nas wrażanie tyle żywych koralów, żyjących przeróżnych ryb itp…wrażenia i wspomnienia z Apo REWELACJA!

 

Później Bohol, pierwszą noc spędziliśmy w fajnej chociaż nawet drogiej miejscówce “Nuts Huts” miejsce z domkami położone nad rzeką niedaleko Loboc otoczone górami, które całe obrośnięte są palmami, fajna cicha miejscówka na uboczu. Później osiedliliśmy się na Panglao bo inne plany nie powychodziły( zaporowe ceny) i zostaliśmy na Alona Beach. Z stamtąd mieliśmy bazę wypadową na trasiery, delfiny i kolejne nurkowania. Bohol troszkę nas rozczarował. Przez chwile jak nam zaczęły się plany jebać mieliśmy plan powrotu do was na 3-4 dni, żeby dalej posielankować! Ale w sumie nie było tak źle na Boholu, ale nawet nie zobaczyliśmy czekoladowych wzgórz:/

Powrót

Malezja to już zajawa. Spodobało mi się na maksa tutaj dużą role odgrywało żarcie, mega dobre żarcie. A po za tym plantacje herbaty, zajebisty widok i miejsce. Taman Negara fajny kawałek dżungli robiący dobre wrażenie, zwierzaki na wolności, liany, na chwile można było odpłynąć i poczuć się jak Mowgli ;)”

Ach…to wszystko już takie odległe, coś jakby nierealne, coś tak wyimaginowanego jakby nigdy się nie stało…coś mega dobrego, jak dobry sen.
Powrót do Polski był ciężki różnica w stopniach wynosiła około 50. Widok też zupełnie inny bo wszędzie biało, ślisko i przede wszystkim bardzo zimno…no i dopadła nas już przede wszystkim szara rzeczywistość, kombinowanie kasy, szukanie pracy, sesja w szkole, egzaminy…MASAKRA!”

Tekst i Zdjęcia by Bogdan

Link do Zdjęć Album nr 59
Pozdro Grochu