fit-520x390-(67)

“Skok w Bangkok”

Dzisiaj w ramach odpoczynku od “śmietnikowego języka” BDC 🙂 gościnny wpis Macieja Klimowicza, autora bloga: http://skokwbokblog.com/ . Zapraszamy do lektury!

Są takie dni w miesiącu, gdy tęskno mi za domem. Wpadł bym do mamy na żurek, wypadł z kumplami na piwo. Ale wtedy rozglądam się dookoła, zerkam na prażące się w słońcu palmy, zaciągam się zapachem mleka kokosowego i trawy cytrynowej z mojego talerza, i tęsknota mi mija. Mieszkam w Tajlandii i dobrze mi z tym.

Nie było mi też źle, gdy mieszkałem w Polsce. Miałem pracę, mieszkanie, kota. Ale coś gnało mnie w świat. Wreszcie w 2009 roku zapakowałem plecak i ruszyłem ku Azji. Kilka miesięcy tułaczki po Indiach, Chinach i innych tylko rozpaliło wyobraźnię.

Po powrocie do domu nie było mowy o powrocie do “normalnego” życia. Klika miesięcy później znowu stałem z plecakiem na lotnisku, gotów do skoku do na wschód. Tym razem na stałe.

Padło na Tajlandię. Kraj kompromis. Jest tu wszystko co lubię w Azji – życzliwi ludzie, świetna kuchnia, upały i spora dawka chaosu. Ale są też zachodnie wynalazki, których z czasem może zacząć człowiekowi brakować – McDoalds i Starbucks, bankomaty i taksówki, multipleksy i centra handlowe. Nie ma polskiego chleba i śledzi, drogi jest ser i wino ale jak się szybko przekonałem – umiem bez nich żyć.

Padło na Bangkok, miasto w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia.  Gdy lądowałem tu dwa lata temu, przeżyłem szok. W zakurzonej, brudnej Kalkuty trafiłem do światowej klasy metropolii. Po dwóch miesiącach wędrówki po Indiach i Nepalu Bangkok wydał mi się szalenie nowoczesny. Śmigająca nad głową kolejka nadziemna, dudniące pod stopami metro, lśniące w słońcu wieżowe. Czułem się jakbym trafił do Nowego Jorku, ale nie tego dzisiejszego a tego z przyszłości, tego który Luc Besson pokazał w “Piątym Elemencie”.

Jak się tu żyje? Dobre pytanie. Tyle, że trzeba by je zadać wszystkim dwunastu milionom mieszkańców stolicy Tajlandii. Nie wiem jak żyje się ulicznemu sprzedawcy ryżowych kiełbasek, nie wiem jakim sposobem koniec z końcem wiąże mototaksówkarz, kontroler biletów w autobusie i szewc, który swój straganik rozstawia codziennie przed pobliskim minimarketem 7Eleven. Pewne nieco lepiej radzi sobie sowicie opłacana przez zachodnich turystów prostytutka z Soi Cowboy lub policjant, który nie przepuści żadnej okazji by wziąć w łapę. Dobrze radzę sobie i ja. Z mojej nauczycielskiej pensyjki wynajmuję mieszkanko w budynku z basenem na dachu, kilka razy w miesiącu chodzę do knajpy i kina, kopiłem motocykl i zbieram na kolejne podróże.

Najlepsze jest jednak to, że choć siedzę tu już dobrych kilka miesięcy, miłość do Bangkoku mi nie przeszła. Wciąż nie udało mi się oswoić tego potwora, wciąż obce mi są całe jego dzielcie. Ale też wciąż czuję dreszczyk emocji gdy idę bangkocką ulicę. Wciąż uśmiecham się sam do siebie przeciskając się między rozstawionymi na chodnikach straganami, gdy wycierając zaparowane okulary wkraczam z klimatyzowanego wagonu SkyTrain w trzydziestostopniowy upał miasta. Nie wiem jak długo tu zostanę. Kusi mnie Singapur, nęcą Chiny, zaprasza Korea. Jedno jednak wiem na pewno – nie spieszno mi by wracać.

http://skokwbokblog.com/blogi/