fit-520x390-(55)

“Wywiad z Markiem Lenarcikiem – Polakiem żyjącym w Tajlandii”

 

Wydaje nam się że nasz pierwszy wywiad z Tolo wyszedł bardzo fajnie więc co jakiś czas będziemy przeprowadzać kolejne z nie znanymi aczkolwiek bardzo ciekawymi osobami. Dzisiaj wywiad z Markiem Lenarcikiem – Polakiem który w młodym wieku rzucił pracę w czołowej firmie z branży IT i wiedzie dużo szczęśliwsze życie w Tajlandii. Dowiecie się z niego o urokach tego kraju oraz jak można znaleźć tam pracę za przyzwoite pieniądze. Natomiast jutro wrzucimy na bloga kolejny odcinek „Gotuj z Chłopakami” – „Zemsta Baluta!!!”.

Co robiłeś przed wyjazdem do Azji i dlaczego postanowiłeś porzuciłeś dotychczasowe życie?

 

Bezpośrednio przed przeprowadzką do Azji robiłem zaocznie magisterkę na Trinity College Dublin w Irlandii. W tym samym czasie pracowałem na pełen etat w Microsoft Ireland (dział biznesowy) i chyba właśnie to w połączeniu z irlandzką pogodą wykopało mnie z Europy. Budziłem się każdego ranka w ciemnym pokoju (na dworze zawsze pada albo zanosi się na deszcz) z głośnym “kur… m..ć!” na ustach. Prysznic – śniadanie – marsz do pracy – wymiana grzeczności – e-mail – lista zadań do wykonania (codziennie prawie taka sama) – niekończące się spotkania, które nigdy nie wnoszą nic ciekawego i nie rozwiązują żadnych problemów – bezsensowne rozmowy telefoniczne/e-maile z klientami – to była moja codzienna rutyna. Dorzuć do tego regularne korporacyjne pranie mózgu pod tytułem: “jesteśmy jedną wielką drużyną/rodziną, zdobywamy międzynarodowe nagrody za bycie najlepszym pracodawcą i gwarantujemy świetne możliwości awansu”. Większość to kupuje. Ja miałem ochotę walić głową w ścianę.

 

 

Żeby być choć trochę obiektywnym powiem tak: Zgoda, praca nie jest super ciężka, płacą nieźle, warunki socjalne na dobrym poziomie, a po firmie krążą historie o niektórych pracownikach, którzy w latach 80-tych zaczynali od naprawiania drukarek, a obecnie zarządzają połową biur w Europie. Moja była szefowa została teamleaderką po 10 latach pracy, a koleś parę szczebli wyżej miał ładny dom nad morzem i jeździł Lexusem. Tyle, że kiblował w biurze 12 godzin dziennie, a w soboty zabierał ze sobą syna, który bawił się klockami na podłodze podczas gdy on pracował. Widocznie opiekunka wychowująca mu dziecko miała wolne. Pewnie mógłbym być tam gdzie on za 10-20 lat. Tyle, że zupełnie się tam nie widzę. To nie jest życie jakie chciałbym prowadzić.

 

Porównując Tajlandię z Europą zwracasz głównie uwagę na słoneczną pogodę. Jakie inne plusy ma życie w Azji?

 

Plusy długo by wymieniać: inny, luźniejszy styl życia, beztroskie podejście do wszystkich problemów. Frazą, którą słyszy się dosyć często jest “Mai pen rai”, co znaczy nic się nie stało. Straciłeś pracę? Mai pen rai. Zostawiła cię żona? Mai pen rai. Nie masz pieniędzy? Mai pen rai. Pyszne, zdrowe i tanie jedzenie, piękne plaże w zasięgu ręki dostępne przez cały rok, świetne ulokowanie Tajlandii umożliwiające eksplorację wielu azjatyckich krajów. No i kobiety. W żadnym kraju nie widziałem jeszcze tylu pięknych kobiet przypadających na kilometr kwadratowy co w Tajlandii. Do tego Tajki są ciepłe, opiekuńcze, przezabawne i jeśli kochają na serio to na śmierć i życie.

 

 

W Tajlandii nie ma równouprawnienia w europejskim rozumieniu. I może dlatego odwrotnie niż w Europie kobiety tu nadal są kobiece.

 

W jakich miejscach w Azji byłeś i czy się tam zajmowałeś?

 

Powiedzmy, że na pół etatu od 16 roku życia bawiłem się w dziennikarstwo. Byłem m.in. w Izraelu z prezydentem Kwaśniewskim w 2004 roku i w Iranie przed wyborami na własną rękę w 2009, co zaowocowało kilkoma artykułami. Pierwotny plan na Azję zakładał zostanie niezależnym korespondentem, a docelowo specjalistą od Azji Południowo-Wschodniej. Wybrałem ten region bo byłem w Tajlandii na wakacjach w 2007 i jakoś od powrotu do zimnego Dublina już nic nie chciało być takie samo. Realizując plan byłem w Laosie, Kambodży, Malezji, Singapurze, Indonezji i na Wschodnim Timorze, co było dosyć hardkorowym wyzwaniem. Zrobiłem fajne materiały m.in. o “Pogromcach Duchów z Singapuru”, a także o psychicznie chorych na Bali trzymanych w klatkach i “miasteczku HIV” w Kambodży. Pierwszy udało się opublikować zarówno w Polsce jak i w UK, podczas gdy Kambodża i Bali bardzo spodobała się w jednym ze znanych tygodników w Polsce. Niestety tygodnik ten nigdy ich nie opublikował tłumacząc, że teksty są super, ale tematyka nikogo nie obchodzi. Mnie zawsze fascynowały takie egzotyczne, nietypowe historie, ale skoro edytor ma zawsze rację to uświadomiłem sobie, że na dziennikarstwie daleko nie zajadę.

 

Czy podczas twoich podróży po Azji zdarzyły ci się jakieś mrożące krew w żyłach sytuacje?

 

Nie licząc Tajlandii byłem w 6 krajach w regionie. Nigdy nie przydarzyło mi się nic, co jakoś na serio by mnie wystraszyło. Zrobiło się cieplej, gdy antyrządowi rebelianci starli się z wojskiem i policją w kwietniu i maju tego roku. Zginęło prawie 100 osób, ale wszystko wydarzyło się raptem na kilku ulicach. Tymczasem media relacjonowały te wydarzenia tak, jakbyśmy w Bangkoku mieli małą wojnę domową. Ja mieszkam 20 km od centrum i przemoc widziałem jedynie w telewizji.

 

 

Od muzułmańskiej Malezji po ultrachrześcijański Wschodni Timor – podróżowanie po Azji uważam za całkowicie bezpieczne dla osób, które mają szacunek dla innego człowieka, lokalnych kultur i nie przyjeżdżają by okazywać tubylcom swoją wyższość.

 

Jakie są twoje plany na przyszłość?

 

Po moich podróżach i dziennikarskich perypetiach wylądowałem w Bangkoku jako nauczyciel akademicki na Dusit Thani College. Mój kontrakt kończy się w styczniu, ale nie zamierzam go przedłużać, choć mam już plan zajęć na przyszły rok. Wraz z kolegą założyłem firmę Asia Explorers (http://www.asiaexplorers.pl). Specjalizujemy się w organizowaniu nietypowych wycieczek po Indochinach. Moje plany życiowo-biznesowe uwzględniają też rychłą przeprowadzkę na Puket.

 

Uwielbiam Bangkok, który bije na głowę miasta takie jak Singapur, Londyn czy Nowy Jork, ale odnoszę wrażenie że żyjąc w tropikach coś tracę bywając na pięknej plaży jedynie kilka razy do roku.

 

Wiele razy słyszeliśmy o osobach zarabiających na życie jako nauczyciele w Azji. Jak to naprawdę wygląda? Czy trzeba mieć jakieś specjalne certyfikaty? Czy praca jest przyjemna? Jak wygląda to finansowo?

 

To prawda, że najwięcej szczególnie młodych obcokrajowców utrzymuje się w Azji z uczenia angielskiego lub innych przedmiotów. To czy praca jest przyjemna zależy od tego jak się trafi, a przede wszystkim czy lubi się to robić. W Tajlandii jest wiele historii rodem z horroru – przepełnione klasy, leniwi uczniowie, brak klimatyzacji przy jednoczesnej konieczności chodzenia pod krawatem, problemy z wypłatą, chore wymagania szefostwa, mobbing. Można też trafić tak jak ja – prywatny college, ogromny szacunek zarówno ze strony studentów jak i kadry, praktycznie całkowita swoboda w działaniu w zakresie doboru metodologii uczenia i tego co się robi po godzinach uczenia.

 

 

Konkurencja na rynku jest duża, ale pracy jest jeszcze więcej. Trzeba szukać tak długo, aż znajdzie się coś, co nam odpowiada. W końcu nie po to leciało się 10,000 kilometrów żeby teraz klnąć na pracę!

 

W Tajlandii oficjalnie wymagany jest dyplom licencjata z dowolnej dziedziny, a żeby uczyć na uczelni wyższej – tytuł magistra. Jeśli jest to np. anglistyka czy pedagogika to oczywiście działa to na korzyść kandydata. Certyfikat taki jak TEFL czy CELTA (koniecznie stacjonarny z komponentem praktycznym, najlepiej w kraju docelowym) wymagany jest w większości przypadków, choć zdarza się, że i ludzie bez niego, zwłaszcza ci którzy pochodzą z krajów anglojęzycznych dostają niezłą pracę. Słyszałem także o takich, którzy uczą bez dyplomów uczelni wyższych, ale na pewno robią to nielegalnie, gdyż dyplom jest warunkiem uzyskania pozwolenia na pracę. Ja przyjechałem z dyplomem magisterskim z Irlandii i licencjatem z Polski. Zrobiłem też certyfikat TEFL w Phukecie kierując się zasadą, że im więcej papierów tym lepiej. Zwłaszcza, że nie pochodzę z kraju anglojęzycznego (nie jestem native speakerem), co jest wymogiem 90% pracodawców. Na całe szczęście dla wielu pracodawców native speaker oznacza mniej więcej tyle, co BIAŁY, mówiący po angielsku Europejczyk.

 

Europejski nauczyciel angielskiego może z moich doświadczeń liczyć na 3,000-4,000 PLN miesięcznie przy normalnym harmonogramie pracy. Pracoholicy biorący dodatkowe godziny mogą wyciągnąć nawet 6,000 PLN i więcej. Wiele zależy od naszych kwalifikacji i pracodawcy, ale osobiście nie przyjąłbym oferty za mniej niż 3,000 PLN. Koszta życia w Tajlandii są o wiele niższe niż w Polsce i tak np. samodzielną kawalerkę w Bangkoku można wynająć już za 400 zł, a syty lunch w ulicznym barze można zjeść za 3 zł. To oczywiście życie na poziomie minimum, ale jeśli w Tajlandii można przeżyć za niewiele więcej niż 1,000 zł miesięcznie to cała reszta wynagrodzenia zostaje na inne atrakcje.

 

Otwierasz działalność w branży turystycznej. Czy nie uważasz że w chwili obecnej konkurencja na tym rynku jest bardzo duża. Jak zamierzasz z nią wygrać? A może znalazłeś jakąś niszę? Jaki jest twój plan na sukces?

 

To prawda, że konkurencja w branży turystycznej jest ogromna, ale dotyczy to też wielu innych sektorów biznesowych. Stworzyliśmy Asia Explorers (www.asiaexplorers.pl), by umożliwić Polakom zwiedzanie świata tak, jak sami lubimy to robić. Proponujemy aktywne, nastawione na przygodę podróżowanie. Propagujemy “slow travel” – uważność, czas i spokój. Nie robimy wakacji dla “zaliczaczy” atrakcji turystycznych.

 

Podróżując z nami doświadczysz nowych miejsc, kultur i zwyczajów biorąc udział w życiu codziennym tubylców i zanurzenie się w tu i teraz danego regionu. Oferujemy autentyczne doznania przez zwiedzanie poza utartymi szlakami i głównymi arteriami turystycznymi. Docieramy do miejsc, których nie ma w folderach (przewaga mieszkania w Azji!) i oferujemy możliwość oddania się ulubionym sportom takim jak rafting, latanie na paralotni, jazda konna, jazda rowerem, nurkowanie, kitesurfing etc. Zależy nam, aby ludzie, którzy podróżują z nami mogli wszystkiego dotknąć i posmakować, a nie tylko sycić oczy pięknymi widokami.

 

Czy czegoś brakuje ci w Tajlandii lub ewentualnie czy coś cię tu irytuje?

 

Nie mogę wymyślić czy czegoś mi specjalnie brakuje w Tajlandii. Uwielbiam tajską kuchnię, a poza tym przed Azją mieszkałem przez 4 lata w Irlandii, więc zdążyłem stracić kontakt z polską kuchnią. W dobie internetu, Skype i Facebooka zapomina się, że jest się tysiące kilometrów od domu czy może raczej miejsca urodzenia, gdyż wierzę, iż dom jest tam, gdzie go stworzysz. Są rzeczy, które mnie irytują od przyziemnych jak np. totalna bezmyślność kierowców samochodów i motocykli. Sam prowadzę samochód w Bangkoku i wciąż nie mogę się przyzwyczaić do mega-ryzykownych decyzji jakie podejmują niektórzy użytkownicy dróg. Bardziej skomplikowane problemy mają charakter kulturowy. Przepaść kulturowa między Tajlandią a Europą jest ogromna.

 

 

Gdy wchodzi się w głębsze relacje np. z Tajkami to mogą pojawić się tarcia. Sam się czasem zastanawiam jak twardo stąpający po ziemi ateista może żyć pod jednym dachem z bojącą się duchów zagorzałą buddystką :-).

 

Na pewno ten wywiad czytają młode osoby które zdążyły się już rozczarować praca w korporacji i myślą o przeprowadzce do Azji. Co byś mógł im poradzić aby się to udało?

 

Jeśli masz dosyć korporacji i chce zamieszkać w Azji to zacznij czytać i dobrze się przygotuj. Oczywiście możesz wziąć 3,000 PLN, kupić bilet i stwierdzić, że jakoś to będzie, ale jest bardzo prawdopodobne, że wrócisz szybko z podkulonym ogonem. Poczytaj o kraju, do którego jedziesz, wymyśl co chcesz robić i jak zamierzasz to osiągnąć, upewnij się, że masz właściwe kwalifikacje i dokumenty i przemyśl dobrze swoją decyzję. Chcesz uczyć angielskiego? Super, ale czy pomyślałeś, że wiąże się to z publicznym występowaniem przed grupą nieznajomych z innej kultury? Kilku uczestników kursu TEFL, który robiłem nie dotrwało do końca. Był stres, a nawet płacz i wymioty. Czy warto było wydać kilka tysięcy złotych na kurs, bilety lotnicze i pobyt w Tajlandii, by na miejscu zorientować się, że ma się psychologiczną barierę przed wystąpieniami publicznymi? Zachęcam do zapoznania się z moimi tekstami o życiu i pracy w Azji:

 

Czy masz jakieś motto życiowe czy odnalazłeś sens życia?

 

Specjalnie problemu z sensem życia nigdy nie miałem. Myślę, że odnalazłem swój dom i nie wyobrażam sobie bym mógł na stałe wrócić do Europy. Asia Explorers jest drugim biznesem, który w życiu zakładam  i jednym z wielu wielkich projektów na jaki się w życiu porwałem.

Wierzę, że to jest właśnie to i że tym razem uda się dokładnie tak, jak to sobie zaplanowałem. A jeśli nie to będę próbował do skutku, bo jestem w 100% przekonany, że praca na etacie zwyczajnie nie jest dla mnie. Motto? “It’s better to aim for the stars and land in the mud than aim for the mud and make it.” (Lepiej jest celować w gwiazdy i wylądować w błocie niż celować w błoto i w nim wylądować).

 

Planujesz odwiedzić Filipiny?

 

Bardzo chciałbym odwiedzić Filipiny i wierzę, że wkrótce to zrobię. Być może nawet w przyszłym rokuu do czego motywuje mnie Wasz blog!

 

Dzięki. Zapraszamy na Bantayan.

 

Fascynujący blog Marka Lenarcika: http://www.mareklenarcik.pl

 

 

[adsense:]